Friday, January 15, 2010

Amsterdam - bonus

NEMO (klick for more), Renzo Piano


Parkrand (klick), MVRDV









Silodam (klick), MVRDV


Pavilion (klick), Steven Holl






few other pieces...



Thursday, January 14, 2010

Amsterdam

Po krótkim pobycie w Maastricht zawitałyśmy do Amsterdamu. Według mnie najlepszego z punktów naszej "wycieczki". Przewspaniała architektura, ale o tym będzie osobny post :). Jestem zachwycona ludźmi. Wszyscy tu umieją mówić po angielsku... nie ważne, czy stary czy młody. Może dlatego, że trafiałam na samych turystów? Niesamowite. Po za tym wszyscy są uśmiechnięci, pomocni... rozumiem, że może trochę zasługi mają coffeeshopy i szkoda, że Van Gogh nie umiał sobie tak poradzić z depresją...
W Amsterdamie spędziłam dwa dni... niesamowicie mroźne dni. Pomimo przemokniętych butów (bo chodniki oczywiście nieodśnieżone, w przeciwieństwie do wyjeżdżonych już niemal do sucha ścieżek rowerowych :)) wytrwale zwiedziłam prawie każdy zakątek Amsterdamu.


okolice "Ulica Czerwonych Latarni"
around "Red Light District"


po prawej stronie kanału - kwiaciarnie
on the right side - florists


kamienice są dosyć mocno odchylone od pionu, chyba przez dużą wilgotność podłoża


polski akcent :)


małpa w kolejce do fryzjera ;)
monkey waiting to hairdresser :)


zapraszam do mojej kafejki...
I invite you to my cafe...


:)


jak mogłabym pokazywać Holandię bez wiatraków :) szkoda, tylko, że nie udało mi się zobaczyć pól tulipanowych... ale może z tym poczekam do wiosny :)
How could I show photos from Holand without a windmill... for a photos with tulips I will wait till spring :)

Maastricht

Wyjazd do Brukseli był bardzo spontaniczny. Tanie loty w Ryanairze spowodowały, że długo się nie decydowałam. Pierwsze miejsce naszej wizyty do Maastricht. Wyleciałyśmy z Bratysławy 9.01, lekko załamane standardem i obsługą lotniska. Potem zmieniłyśmy środek transportu na bardzie przyziemny. W pociągu nawet udało mi się poznać dwóch Polaków. Polka była tak zafascynowana Holandią (gdzie mieszka już od około 10 lat), że aż zapomniało jej się jak się mówi po polsku "tak" i zamiast tego "ja". Poza tym uznała, ze to Polski żadną siłą jej nie zaciągną... mimo, że nie jestem jakąś wielką patriotką, to trochę mnie to zasmuciło, że nie widzi ani jednej zalety w byciu Polakiem i nie zna niczego z czego mogłaby być dumna jako Polka. Na szczęście jej "współtowarzysz w podróży" miał trochę inne zdanie, co mnie trochę chociaż podniosło na duchu :).
W Maastricht poznałam koleżankę Any z Barcelony (Marię), która mieszka tam z Janem - chłopakiem (niemco-holendrem) od roku. Mają świetne mieszkanie i wydaje się, że świetnie im się żyje :) Jan jest niezwykłym poliglotą (niemiecki, duński, francuski, hiszpański i kataloński... no i oczywiście angielski :)).
Na kolację zajrzeliśmy do "zaprzyjaźnionej włoskiej restauracji". Przepysznie, sympatycznie i nieco drogo... ale cóż... w końcu pojechałam "na zachód". Włosi (z restauracji) ucieszyli się słysząc, że goszczą Polkę i zaczęli sypać polskimi zdaniami: "Starość nie radość, śmierć nie wesele" :)
Wszystko super, tylko czemu tu piwo ma tylko 300 ml... przecież po takiej Słowacji to megaciężko się przestawić na taką lilipucią miarę.

Liege - przystanek na trasie z Charleroi do Maastricht
Liege - stop on our way from Charleroi to Maastricht


dworzec projektu Calatravy
train station projected by Calatrava





Mieszkanie Marii (koleżanki Any)i Jana w Maastricht
Maria and Jan's flat in Maastricht


tradycyjne "Caga Tio"
catalan tradition "Caga Tio"


śniadanie z Beherovką w tle :)
breakfast with Beherovka in the background :)


Maastricht


rynek z ratuszem
market square with town hall


gorący koleś
hot guy




od lewej - Estela, ja, Ana i Jan


rzeka/river Moza




młyńskie koło przy piekarni
water-wheel and bakery




karnawałowy wystrój wnętrza kawiarni
carnival interior of cafe



gotycki kościół z czerwoną wieżą
gothic church with red tower


 
darmowe statystyki www