Wyjazd do Brukseli był bardzo spontaniczny. Tanie loty w Ryanairze spowodowały, że długo się nie decydowałam. Pierwsze miejsce naszej wizyty do Maastricht. Wyleciałyśmy z Bratysławy 9.01, lekko załamane standardem i obsługą lotniska. Potem zmieniłyśmy środek transportu na bardzie przyziemny. W pociągu nawet udało mi się poznać dwóch Polaków. Polka była tak zafascynowana Holandią (gdzie mieszka już od około 10 lat), że aż zapomniało jej się jak się mówi po polsku "tak" i zamiast tego "ja". Poza tym uznała, ze to Polski żadną siłą jej nie zaciągną... mimo, że nie jestem jakąś wielką patriotką, to trochę mnie to zasmuciło, że nie widzi ani jednej zalety w byciu Polakiem i nie zna niczego z czego mogłaby być dumna jako Polka. Na szczęście jej "współtowarzysz w podróży" miał trochę inne zdanie, co mnie trochę chociaż podniosło na duchu :).
W Maastricht poznałam koleżankę Any z Barcelony (Marię), która mieszka tam z Janem - chłopakiem (niemco-holendrem) od roku. Mają świetne mieszkanie i wydaje się, że świetnie im się żyje :) Jan jest niezwykłym poliglotą (niemiecki, duński, francuski, hiszpański i kataloński... no i oczywiście angielski :)).
Na kolację zajrzeliśmy do "zaprzyjaźnionej włoskiej restauracji". Przepysznie, sympatycznie i nieco drogo... ale cóż... w końcu pojechałam "na zachód". Włosi (z restauracji) ucieszyli się słysząc, że goszczą Polkę i zaczęli sypać polskimi zdaniami: "Starość nie radość, śmierć nie wesele" :)
Wszystko super, tylko czemu tu piwo ma tylko 300 ml... przecież po takiej Słowacji to megaciężko się przestawić na taką lilipucią miarę.
Liege - przystanek na trasie z Charleroi do Maastricht
Liege - stop on our way from Charleroi to Maastricht

dworzec projektu Calatravy
train station projected by Calatrava


Mieszkanie Marii (koleżanki Any)i Jana w Maastricht
Maria and Jan's flat in Maastricht

tradycyjne "Caga Tio"
catalan tradition "Caga Tio"

śniadanie z Beherovką w tle :)
breakfast with Beherovka in the background :)
Maastricht

rynek z ratuszem
market square with town hall

gorący koleś
hot guy


od lewej - Estela, ja, Ana i Jan

rzeka/river Moza



młyńskie koło przy piekarni
water-wheel and bakery



karnawałowy wystrój wnętrza kawiarni
carnival interior of cafe


gotycki kościół z czerwoną wieżą
gothic church with red tower

W Maastricht poznałam koleżankę Any z Barcelony (Marię), która mieszka tam z Janem - chłopakiem (niemco-holendrem) od roku. Mają świetne mieszkanie i wydaje się, że świetnie im się żyje :) Jan jest niezwykłym poliglotą (niemiecki, duński, francuski, hiszpański i kataloński... no i oczywiście angielski :)).
Na kolację zajrzeliśmy do "zaprzyjaźnionej włoskiej restauracji". Przepysznie, sympatycznie i nieco drogo... ale cóż... w końcu pojechałam "na zachód". Włosi (z restauracji) ucieszyli się słysząc, że goszczą Polkę i zaczęli sypać polskimi zdaniami: "Starość nie radość, śmierć nie wesele" :)
Wszystko super, tylko czemu tu piwo ma tylko 300 ml... przecież po takiej Słowacji to megaciężko się przestawić na taką lilipucią miarę.
Liege - przystanek na trasie z Charleroi do Maastricht
Liege - stop on our way from Charleroi to Maastricht
dworzec projektu Calatravy
train station projected by Calatrava
Mieszkanie Marii (koleżanki Any)i Jana w Maastricht
Maria and Jan's flat in Maastricht
tradycyjne "Caga Tio"
catalan tradition "Caga Tio"
śniadanie z Beherovką w tle :)
breakfast with Beherovka in the background :)
Maastricht
rynek z ratuszem
market square with town hall
gorący koleś
hot guy
od lewej - Estela, ja, Ana i Jan
rzeka/river Moza
młyńskie koło przy piekarni
water-wheel and bakery
karnawałowy wystrój wnętrza kawiarni
carnival interior of cafe
gotycki kościół z czerwoną wieżą
gothic church with red tower

No comments:
Post a Comment