W środę postanowiliśmy wybrać się do pubu w akademiku, po naszych obserwacjach sprzed tygodnia i lepkiej podłodze od piwa uznaliśmy, że warto. Przed wyjściem na imprezę wpadliśmy jeszcze na zwiedzanie naszego uroczego apartamentu. Miałam parę zdjęć ze smakowania Żubrówki w naszym pokoju, ale wszystko jakieś takie rozmazane… ;). Smakowała.
Nauczyłam się parę nowych bardzo przydatnych zwrotów po hiszpańsku, np.: „loco assesino”(„szalony morderca” - nie wiem czy odpowiednia pisownia), bo przecież „la cohina de gas” („kuchenka gazowa”) umiałam już dawno. Hiszpanki ledwo znoszą tutejsze mrozy. Poubierane w kozaki i po 3 swetry, zimą pewnie będą chodzić w walonkach i futrze z bardzo tłustych norek. No tak, w końcu jak jedna osoba uznała przed moim wyjazdem… Bratysława to na wschodzie przecież, tam siarczyste mrozy… nie jest tak źle, ale może będzie..
Zapomniałam też napisać, że tu po Internet stoi się w takich kolejkach jak w tych z legend o papierze toaletowym. Nie wiem czy z papierem to prawda, ale po Internet stałyśmy 2 godziny i do wczoraj myślałyśmy, że się skończył, ale od dzisiaj nam włączyli. Podejrzewam, że w ramach jakiegoś zbliżającego się ważnego święta narodowego. Dodatkowo mamy jeszcze mamy basen z sauną i jacuzzi.
Zaczynam powoli chodzić na zajęcia, ale się nie przemęczam. Jest sympatycznie, miło nas traktują, umieją angielski, ale nie dają kawy ani ciastek.
W drodze na Stare Miasto. Na pierwszy rzut oka wygląda jak niezła wielorodzinka, choć wg mnie trochę brakuje zieleni (miałam nadzieje, że te balkony, to tarasy zielone).

No comments:
Post a Comment